moje-requiem blog

Twój nowy blog

dzis pierwszy dzien oddechu od 38 stopniowych upałów. deszcz obmył nagrzane słońcem kamienie, a i mi sprawił miłą przerwę od ciągłego ukrywania się przed wszechobecnym wrzątkiem.
jak zwykle jest mi troche przykro. nerwy mam zszargane, a moje życie mimo jednej może dwóch odpowiedzi składa się z samych pytań. zamęczam się aby na nie odpowiedzieć, ale w takim natłoku chwytam się zbyt wielu rzeczy na raz, jak zwykle niczego nie kończąc. Skończyłam jedne studia, zaraz skończę drugie, ale czuje się jakby znalezienie odpowiedniej pracy graniczylo z cudem. z jednej strony czuje ze jestem na coś za słaba, nie mam doświadczenia, a z drugiej strony nie chcą mnie wziąć do pracy typu sprzedawca w sklepie zoologicznym, bo zakładają ze nie zatrzymam się tam na dłużej. i racja… w domu dostaje juz powolnego pierdolca. sytuacja rodzinna nawet nie nadaje sie do opisania. większość moich znajomych wyjechała na wakacje, a ja siedze tu jak ptak z podcietymi skrzydłami, który nawet nie wie dokąd ma lecieć.
ze wsząd jakieś chore naciski, a ja nigdzie nie znajduję ujścia. jedynie dzięki wczorajszej wycieczce troszkę oderwałam się od rzeczywistości. bylo milo i od nie wiem juz kiedy śmiałam się ot tak… bo mi bylo wesoło. banalne? juz nie dla mnie. miotam sie i miotam. nikt mi juz tak na prawde nie pomoże, bo potrzebny jest ktos obiektywny.
piszę nieskładnie, jestem taka tym wszystkim zmęczona i znudzona. chciałabym cos robić, czyms się zając na poważnie… może to by mi pomogło znieść to co sie dzieje na codzień.
muszę mieć prawo do mojego życia, muszę je wywalczyć, bo każdy mi troche go wyrywa.

oderwać się…

oderwać…

oderwać się…

odpocząć…

zachwycić…

wzruszyć…

zgłębić…

dać się porwać…

wniknąć…

bo umrę z nudów i nerwów.

napisałam w czwartek maila do fundacji posiadającej schronisko dla zwierząt w odpowiedzi na ich ogloszenie o osobie potrzebnej tam do pracy. w piątek zadzwonił do mnie facet mówiąc, że bardzo chętnie by mnie przyjeli.
z początku bardzo się cieszyłam, bo jak niektorzy wiedzą jestem miłośniczką zwierząt, lecz z dość myślę trzeźwym podejsciem. W każdym psie widzę „osobę” z osobnym charakterem, jednak każde z tych stworzeń jest ślepo zapatrzone w człowieka i z miłością wyczekuje zainteresowania i komend. Nie będe się rozwodzić na ten temat gdyż jest obszerny.
Jednak po chwili doszedł do mnie też rozum, gdyż praca trudna, kiepsko płatna i moi bliscy na pewno będą mnie dzień w dzień do niej zniechęcać.
Jedno co wiem, to to, że wszyscy ostatnio dookoła mi mówią, że mam własne życie, że powinnam dążyć do własnych celów, a ja tak strasznie chciałabym poznać siebie i wiedzieć gdzie ów cele se obrałam. nie wiem…
na pewno chciałabym pracować w schronisku, bo cóż może dawać większą satysfakcje niż to, że jakiś pies właśnie zyskał nowe życie u ludzi, którzy go wybrali (lub tak jak w wypadku mojego Pankracego on wybrał ich). Jednak jest to praca w brudzie i hałasie. Zasiano we mnie ziarenko, że nie dam rady. Sama podchodzę do tego w ten sposób, że nie mam zamiaru tam pracować całe życie, jednak uważam, że czasem powinnam posłuchać samej sobie. Ja chce tam pracować mimo że nikt nie podziela mojego zdania. Normalka. i szczerze mówiąc … trudno.

Gdy łąpią mnie czasem gorsze chwile, tak jak w tej chwili, mam ochotę się wyciszyć, zastanowić i ogólnie podumać nad tym co to to to moje życie jest.
Siadłam na kanapie. Mój pies Pankracy właśnie zagłebiał się w kolejna fazę snu. Delikatnie umiejscowiłam się obok, aby przypadkiem nie obudzić „panicza”. Dumam bezwiednie gładząc go po czarnej, zapewne gdzieś po dziadku spanielowatej główce. Dumam dalej. Od przedpokoju słyszę głośne westchnięcie i próbę powstania drugiego mego psa. Cięzkie ospałe łapy Avro – owczarka niemieckiego – bezsprzecznie kierowały się w kierunku ów kanapy, na której to wraz z Pankracym dumam. Avro ot tak od niechcenia klapł swym jakże niezdarnym tyłkiem tuż przy mych nogach. A tu nagle z drugiej strony hyc i na kanapie zagościła również biało łaciato szarobura kotka o wdzięcznym imieniu Łobuz. Pankracy otworzył lewe oko, gdyż mimo totalnie hipisowskiego nastawienia do mych trzech kotów, zapewne odczuwał psi instynkt, który zawsze go zaskakiwał w takich sytuacjach. Jednak po dwóch sekundach namysłu doszedł do wniosku, że po pierwsze jest zbyt śpiący, a po drugie już i tak jest psim pośmiewiskiem, więc nie będzie tracił swej magazynowanej skrzętnie energii na ewentualne zagrywki relacji stricte kocio-psiej. Zamknął lewe oko, a Łobuz po kilku cichych mrukach i znanych tylko kotom metodom ocierania się o którąkolwiek część zaszczyconego osobnika, powoli acz z gracją zaczęła sobie mościć miejsce pomiędzy pankracym a mym lewym udem.
Siedzę tak dalej i dumem jedną ręką głaszcząc kota i kończąc ruch na łebku psa. Patrzę tu na raz, a Avro jako grzeczny i powiedzmy, że dobrze wychowany owczarek, bez pozwolenia nie ma zamiaru wchodzić na wolną część kanapy po mej prawej stronie, lecz widzę jak go  skręca i nie mam serca dalej kazać mu patrzeć na rozpustę jaką se uczynili chrapiąc już prawie Pankracy i Łobuz. Lekkim ruchem głowy i zachęcającym klepnięciem w kanapę zapraszam również i 40kg owczarka, aby zasiadł koło mej prawicy. Wraz z pozwoleniem swej pani, nagle wzrósł entuzjazm w zachowaniu Avro, który bez mrugnięcia przystaje na propozycję i lokuje się obok mnie i choć mimo tego, że ledwo się mieści (czasem chyba wydaje mu się, że też jest małym psem, a najpewniej skrzyżowanym z kotem). Kładzie swój pysk wielkości dorodnego yorka na mym prawym udzie i tak to już w czwórkę siedzimy na kanapie i dumamy.
Po 5 minutach doszliśmy do wniosku, że nie ma w sumie oczym myśleć i mimo, że Avro próbował jeszcze 3 raqzy zmienić pozycję z półleżącej, na boleśnie wygiętą do tylu oraz wpół skręcie karku za moimi plecami i on musiał się pogodzić z faktem, iz mimo, że miło śpi się z kimś, samemu o wiele lepiej się odpoczywa.
Przytłoczyny kotem Pankracy wciśnięty między oparcie kanapy a me lewe udo szybciej pogodził się z tym faktem i jako pierwszy opuścił swe miejsce odpoczynku, na może i twardszą, ale na pewno luźniejszą podłogę. Za nim poszła w ślady Łobuz, a Avro postanowił nie odbiegać od swej psio-kociej rodziny i wrócił na swój posterunek przy drzwiach wejściowych.
 

i nagle jak za pomocą magicznej różdżki wszystko we mnie kiełkuje i cieszy się, bo przyszła wiosna. Niby wszyscy się cieszą, ale dla mnie wiosna to okres oczyszczenia, nowej wizji, radości i wzruszeń. Od zawsze mniej wiecej pod koniec marca chodziłam „szukać wiosny” i znajdowałam ją nieopodal lasu nad wodą, gdzie żaby rozpoczynały swój godowy reczital, wlesie gdzie małe zawilce gajowe tworzą piękny dywan z białych kwiatków, ale wczoraj przybył jedyny i niepowtarzalny symbol wiosny. do mojej miejscowosci zawitał bocian! jest to wszystkich dobry znajomy i gdy go zobaczylam podjezdzając pod brame, wyskoczylam z samochodu i zaczelam skakac i machac. Moze to i durne, ale ja sie ciesze tak jakby wrocil czlonek rodziny. przechodzacy sasiad tez w dobrym nastroju, od razu powiedzial, ze bocian wrocil godzine wczesniej, ale obawia się, że jego nowa konstrukcja gniazda, zalozona przez facetow z elektrowni, jest za delikatna i moze znow nie wytrzymac. bockowi to nie przeszkadzalo lub byl na tyle zmeczony, ze od razu zają swoją pozycję do spania. nasz bocian jest dżentelmenem i bardzo kocha swoją zonę, gdyż zawsze przylatuje pare dni wczesniej i poprawia gniazdo, znosi mnóstwo patyków, podkrada moim koniom siano z padoku, a wszystko po to by jego pani bylo wygodnie i by miala ochote na amory. nawet nie wiecie jaką radością przepełnia się moje serce, gdy wychodzę dziś z domu, a na powitanie slysze klekotanie dziobem!
wczoraj od razu po „odkryciu” poleciałam do mamy i mowie jej, kto wrocil, ona zaraz poleciala do domu i obdzwonila wszystkie kolezaneczki. wiem, ze dla innych nasze zachowanie moze byc dziwne, ale w sumie, nie obchodzi mnie to. jestem czlowiekiem kochajacym nature i zdaje sobie sprawe, ze czlowiek to tylko mala istotka, ktorej sie wydaje ze wszystko moze. ciesze sie, bo w tym chaosie spowodowanym przez ludzi nadal istnieją pewne naturalne prawa i ustalony porzadek.
czekam juz teraz tylko na wieczorny żabi koncert…

moj zasrany pamietniczku. czy wiesz jak to jest byc mną? ty wiesz jak to jest byc smietnikiem cudzych emocji i zali? wiesz jak to jest gdy twoje zycie sklada sie jedynie z obcych brudow i nie masz juz miejsca na swoje? ty wiesz jak to jest kochac i jednoczesnie nienawidziec swoich najblizych? gdy jednoczesnie hamujac twoje zycie z calych sil maja pretensje o to ze nie robisz tego czego chca? jak to jest byc ciagle kontrolowanym? jak to jest nie znac swojej drogo  do szczescia, gdyz jedyne co robsz to przejmoewnia sie pierdoleniem innych bo na nic innego nie masz czasu?!
czy wiesz jak to jest zazdroscic innym rodziny i zycia? czy wiesz jak to jest w ciagu 24 niespelna lat miec 3 depesje?!
pewnie ze nie wiesz!!!

i usiadłam tu znow by napisac cos… cos co siedzi we mnie, gnije i niszczy. ale co z tego? gdyby to było takie łatwe – napisze, minie, zapomnialam. nic sie nie zmieni. nic sie nie zmienia. jestem nieszczesliwa. gruba, bez celow, bez ambicji, motywacji. wsciekla, rozdrazniona, smutna i nijaka. wciaz szukam recepty, ale nie umiem jej znalezc.
tylko sny mam takie dziwne… kiedy w koncu nie bede plakac?

trudno mi się zebrać. zarowno w zyciu jak i w pisaniu tego tekstu. pisze go jakoby terapetycznie mając nikłe nadzieje, że w koncu cos mnie ruszy, tchnie we mnie chęć i wykopie do działania.
to co teraz sie ze mna dzieje to nie ja. a przynajmniej nie ta ja, ktora akceptuje siebie i jest jako tak z siebie zadowolona. przez ten dlugotrwaly marazm potwornie się zaniedbałam, a i przez to by jakos sobie radzic z ta niechecia do siebie samej, zaczelam udawac, że tego nie widze. otoz widze. patrze na siebie codzien i moze i proznie, ale caly czas mysle o tym jaka jestem, gdzie jestem i jak bardzo wszystko marnuje, chodzi mi o siebie samą. moze i znow to proznosc, ale moje dotychczasowe zycie pokazalo mi, ze jestem inteligentna… nie wykorzystuje tego. jesli chce to bez trudu ucze sie, a nawet czasem nie musze by cos instynktownie skojarzyc i dojsc do jak sie okazuje prawidlowych wnioskow. lecz ta wiedza zamiast mnie motywowac, coraz bardziej mnie doluje, bo nie umiem sie zebrac do tego by ruszyc, pojsc do przodu, zaczac dzialac, a czas przelatuje mi przez palce.
Pisze tego bloga od 17 roku zycia, czyli juz 6 lat i czasem marze o tym, zeby wrocic tam, teraz jednak troche madrzejsza, inaczej „zarzadzic” swoim zyciem pod katem siebie samej, mojej pewnosci siebie i osiagniec, ktore mimo mojego mlodego wieku, mam wrazenie, ze juz nie osiagne.
gledze o odchudzaniu, zabieram sie do tego co i raz i rzucam, bo jestem leniwa i łakoma. tak po prostu. wmawiam sobie, ze to przez brak silnej woli, ale wystarczy chciec osiagnac cel, a napewno sie go osiagnie. ja wlasnie chyba nie mam wystarczajacej woli zeby chciec. i bledne kolo sie zamyka, bo nieakceptuje siebie samej teraz, co doluje i spowalnia ten kop, siłę i motywacje.
siedzimy z Ł. najczesciej w domu. taka praca, ale i tez czasem brak funduszy, czy fantazji.
ze znajomymi rzadko sie spotykam. szczerze mowiac, bardzo chcialam odswiezyc kilka starych znajomosci, ale, choc to glupie, nie chce, zeby po kilku latach ludzie zobaczyli mnie taka gruba. wiec siedze cicho i udaje ze mnie nie ma.

chyba pora powiedziec sobie dosc, i zyc…

dawno nie pisalam… szczerze mowiac powod prozaiczny- brak czasu.
ale zaczynajac od poczatku, nie koniecznie chronologicznie:P
mieszkam juz w nowym domku. wszystko prawie urzadzone, a jak pomysle o malowaniu scian to mi sie niedobrze robi:P
oficjalne zareczyny sie udały i teraz pozostaje tylko planowac i ustalac.
rozpoczelam rowniez uprawe grzybów, a konkretniej boczniaka oraz grzybni i powoli wszystko rozkrecam.
Smoku siedzi teraz tu ze mna, a Avro razem z Pankracym spią na swoim posłanku. Sielanka.
Od pazdziernika powrot na studia, tym razem zootechnika magisterska.
tak wiec w zyciu osobistym jakby spokojniej, tylko na codzien sprzatania troche wiecej niz w moim starym pokoiku na gorze:P

proszę

1 komentarz

„jeśli to tylko niezonośne poplątanie,
jeśli to tylko chwilowa zapaść woli,
jutro spróbowałbym Cie przeprosić ładnie,
jutro przyżekne Ci wszystko wynagrodzić.
Niebeizpieczne i ciemne,
moje wędrówki po piekle, tak.
Splątane drogi przez noc,
nie wydostanę się stąd.
Chyba, że Ty… chyba, że Ty…
Chyba, że podasz mi dłoń.”

sciska mnie za gardlo beznadzieja. czuje ze wszystko psuje, a w sobie większosć już zabiłam. czy to juz czas?

Znajomy (:*) uświadomił mi, że właśnie przekraczamy lub przekroczyliśmy tą cienką linie oddzielającą spokojne poukładane życie szkolne pod komendą rodziców (u niektorych tez rodzeństwa) od tego, którym sami mamy dysponować i ponosić odpowiedzialność. Myślę jednak, że mozna tez wybrać drogę, która bedzie kontynuacją dotychczasowego życia i zdać się na kontrolę rodzicow (rodzeństwa) i niewiele myslac robić tak jak oni chca. Jednak wizja ta jest dla mnie przerażająca, bo jestem pewna, ze po paru latach człowiek staję się tak nieszczęśliwy i tak zakleszczony w tej sytuacji, ze nagle dochodzi do niego jak jego zycie, dla niego samego, mało znaczy.
Proces odrywania sie od „łożyska” nie powinien być burzliwy. Np mimo moich najszczerszych checi przeprowadzenia „odgniazdowienia” w delikatny sposob, nabawiłam się stresów, płaczu, wrzasków i innych cudownych elementow, które tylko w rodzinie moga miec miejsce. Najdziwniejsze jest to, ze nie chodzi tu o moich rodzicow. Oni i tak sa szczesliwi, ze bede mieszkac rzut beretem od nich, i jak widze starczy im juz ta sama swiadomosc, by nie musiec kontrolować już dokładnie tego czy se nasram na srodek dywanu jak bede miala taka fantazje czy nie. Od zdania rodzicow nikt sie nie uchroni, ale wazne jest by nie musiec odbierac po 5 telefonow dziennie z rodzinnego domu z pytaniem czy zjadlam cos cieplego lub czy wyproznilam sie dzis odpowiednio. Problem z procesem „odłączenia” (choc w sumie nawet tego tak nazwac nie moge, gdy mieszkac bede 100m od mego rodzinnego domu) najgorzej przechodzi moja siostra. I jak sam Czytelniku rozumiesz, nie chodzi tu o rozłąke w przypadku tak bliskiego sasiedztwa. Mialam wiele teorii na ten temat i wszystkie nienajlpeiej swiadcza o mojej siostrze, wiec caly czas probuje dojsc do tego czemu ona tak postepuje. Czemu wszystko co ja sobie zaplanuje musi w jakistam sposob laczyc sie z nia. Czemu gdy wymysle chociazby sposob na zarabianie pieniedzy, ona musi byc w to wlaczana imusze sie z nia dzielic? Przeciez mi nie chodzi o pieniadze, a o to ze chce do czegos sama dojsc, SAMA tym zarzadzać, mieć cos WŁĄSNEGO, co SAMA stworzę. W końcu. Na reszcie.
Już nie mowiac o wyjezdzie na wakacje, ktory urasta do rangi tragedii. Czy to chore, ze majac 23 lata chce wyjechac z moim osobistym mezczyzna na wakacje sama?! Czy to jest dziwne, ze uwazam, ze moja siostra ze swoim mezem i z psem dadza sobie swietnie rade sami?! Czy tak ciezko zrozumiec ze chcialabym calkowicie zmienic klimat i zaliczam tez do tego „atmosfere rodzinna”. A moze chce nago polatac z owym osobistym mezczyzna po pokoju?! W koncu nie mam juz 16 lat, i wiadomo ze w moim wieku cielesnosc jest najpiekniejsza i niby czemu mam z niej rezygnowac? Ano temu, ze moja siostra kladzie to wszystko na jednej szali i wychodzi jej z tego, ze jej nie kocham, bo wole spedzic czas bez niej, a moj osobisty mezczyzna jest tego jedyna i wstretna przyczyna.
Nie moge dac sie zwraiowac i pracuje nad tym. Ale potrzebuje w ciszy i spokoju, mozliwe ze sama ze soba, tylko, to przemyslec.


  • RSS